2. A którą częścią ciała kibicujesz Ferranowi?
Musiałam wrócić po ubrania, których zapomniałam
odebrać, bo tak uciekałam od Torresa. Umówiłam się, że wszystko nadadzą a ja to
odbiorę już w Stanach. Zajęło mi to jednak trochę czasu. Dzięki temu byłam w
grubym niedoczasie.
Tato podrzucił mnie na lotnisko.
-Baw się dobrze – ucałował mnie w policzek. –
Bądź grzeczna – skrzywiłam się. – Albo nie – wyszczerzył zęby.
-Będzie dobrze jak nikogo tam nie ubiję.
-Ubij, ale po tym jak wygramy turniej – puścił mi
oczko. – Tak masz myśleć i tak im mówić. Wygramy mundial! – zacisnął pięści.
-Wygramy – powiedziałam z pełnym przekonaniem. –
Kocham cię! – wtuliłam się w niego.
-Ja ciebie też, Milita – objął mnie mocno.
Jeszcze kilka lat temu przez myśl nie przechodziło mi, że będę mieć ojca. Ojca,
któremu tak czule i odważnie będę wyznawać co do niego czuję. Potrzebowałam
terapii i właśnie jego, żeby uwierzyć w to, że można mnie kochać taką jaką
jestem. I on mnie taką kochał, poobijaną, nie idealną, ale jego. Krew z krwi.
Chociaż z wyglądu go nie przypominałam, bo nie miałam ciemnych włosów i oczu,
tylko farbowany blond i niebieskie tęczówki. Nie musiałam być do niego podobna, by
wiedzieć, że część jego serca jest tylko moja.
Wysiadłam już bez słowa, wzięłam walizkę z
bagażnika i pobiegłam. Znalazłam odpowiednią bramkę i wpadłam tam z językiem na
brodzie.
-Zdążyła pani – powitała mnie babeczka na
bramce.
-Super – wysapałam. Złapałam papiery, walizkę,
torbę i znowu pognałam. Widziałam, że ostatni piłkarze wchodzą na pokład.
Wpadłam na schody i biegiem na górę. Walizka była zbyt ciężka. Mała, ale
ciężka. Nie brałam nic swojego, wszystkie ciuchy były nadane już w bagażu
rejestrowanym. W swojej walizce miałam tylko bieliznę, piżamę i kilka ciuchów.
Reszta to był mój sprzęt. Aparaty, komputer, tablet i mnóstwo dysków.
Czułam jak ręka mi mdleje, więc odwróciłam się i
zaczęłam stawiać walizkę po jednym stopniu. Hop, hop, hop i do góry. To dalej
był słaby sposób, ale jakoś szło. Do czasu, gdy poczułam, że tracę równowagę.
Już widziałam jak walizka leci, rozpada się o płytę lotniska i cały mój sprzęt
szlag trafia.
-Nie, nie – jęknęłam. Nagle za mną pojawiła się
opalona dłoń. Chwyciła rączkę walizki, a druga ręka objęła mnie w pasie. Otulił
mnie znajomy zapach. Pociągnął mnie do tyłu i postawił walizkę obok. Byłam już
na samej górze.
Odwróciłam się błyskawicznie i stanęłam nos w
nos z mężczyzną za mną. Znajdowaliśmy się ciągle blisko, bo teraz jego dłoń obejmowała
moje plecy. Dzięki temu, że pochylił głowę byliśmy nos w nos, bo był ode mnie
wyższy.
-Fer – szepnęłam na wdechu, bo jako zapomniałam
o oddychaniu.
-Mili – odparł równie cicho. – Bałem się, że nie
dotrzesz – uśmiechnął się.
-Bez obaw – przewróciłam oczami. – Radziłam sobie.
-Tak? – uniósł brwi. – Mam cię przywrócić do
sytuacji w której cię zastałem? – spojrzał za mnie. Schody były bardzo wysokie.
-Nie – mruknęłam. Doskonale zdawałam sobie
sprawę, że stałam krok od katastrofy. – Dzięki – dodałam.
-Nie ma za co, ale jak to mówią: za dziękuję się
nic nie kupuje – wyszczerzył zęby.
-A ja słyszałam, że w mordę to i za darmo można
dostać – warknęłam i go odepchnęłam. Nie przemyślałam tego, bo gdy to zrobiłam
sama poleciałam do tyłu. Gdyby znowu mnie nie złapał, spadłabym z tych
przeklętych schodów.
-Milagros – wymruczał mi w szyję, gdy
przyciągnął mnie do siebie. Po ciele przeszedł mi przyjemny dreszcz.
-Ferran – spojrzałam w jego piwne oczy. Serce
biło mi jak szalone.
-Głąby – warknął obok Pedri. Odskoczyłam od
szatyna, ale on przytomnie złapał mnie za ramię. Puścił dopiero, gdy odzyskałam
równowagę. – Wsiadać!
Bez słowa poszłam za nim, a za mną Ferran z moją
walizką. Wsadził ją nad moją głowę, mruknęłam ciche podziękowanie i zajęłam
miejsce przy oknie. Obok mnie usiadł Rodri, dalej w rzędzie był Pedri i dopiero
Torres. Nie patrzyłam na niego. Założyłam słuchawki, zamknęłam oczy i udawałam,
że śpię. Przed nami był prawie dwunastogodzinny lot, na miejscu będziemy mieć
sześć godzin różnicy z Madrytem, więc czeka nas jet lag.
Jednak zamiast spać wróciłam wspomnieniami do
ostatniego El Clasico. Znowu zrobiło mi się gorąco.
Byłam tam z Realem, jak zawsze robiąc to co umiem najlepiej, czyli filmiki i relacje. Kibice to kochali, zarządowi się podobało, że idziemy z duchem czasu. Piłkarze też nie narzekali, bo wrzucałam tylko to co powinnam. Znałam ich, wiedziałam na jak dużo z każdym mogę sobie pozwolić.
Weszli do szatni, a ja wyjrzałam na murawę. Stadion powoli się
zapełniał. Miałam chwilę na oddech, zanim chłopaki się przebiorą, posłuchają
odprawy trenera, zmotywują się. Co najmniej pół godziny. To był ich czas, nie
mój. Przeglądałam to co zrobiłam im podczas drogi, wrzuciłam kilka relacji,
skręciłam rolkę i nagle poczułam, że ktoś na mnie patrzy. U wylotu korytarza
stał mężczyzna. Było ciemno, nikt jeszcze nie zapalił światła.
-Fryzjer się na ciebie obraził? – nie mogłam
darować sobie złośliwości.
-Uwielbia mnie – odpowiedział z szelmowskim
uśmiechem. Powolnym krokiem zbliżał się do mnie. Już bardziej nie mogliśmy do
siebie nie pasować, on w ciemnym dresie Barcy, ja białym Realu. Na piersi
każdego z nas widniał herb, zupełnie inny. Uniosłam dumnie głowę, gdy stanął
przede mną. Był ode mnie wyższy, więc teraz patrzył na mnie z góry.
-Ile z tego jest w tobie naprawdę? – wskazał palcem
herb Realu.
-Więcej niż w tobie tego – tak samo stuknęłam
jego herb. – Ja to wybrałam dawno, na zawsze, a ty? – spytałam przechylając
głowę. Wiedziałam, że trafiłam. Zacisnął usta.
-To nas dzieli, ale łączy nas to – chwycił mnie
za lewy nadgarstek, gdzie miałam wytatuowaną gwiazdkę. – I dla ciebie i dla
mnie najważniejsza jest reprezentacja.
Nie zaprzeczyłam, ale nie potwierdziłam. Dotyk
jego dłoni sprawił, że odcięło mi myślenie. Czułam ciepło skóry, przyjemny
dreszcz przeszedł mi po ciele. Szatyn błyskawicznie to dostrzegł. Spojrzał mi w
oczy i uśmiechnął się figlarnie. – Ale dziś, strzelę dla ciebie bramkę,
blondyneczko – czułym gestem założył mi kosmyk za ucho. Straciłam dech.
Autentycznie całe powietrze z płuc mi odleciało. – Co mi za to dasz?
-Co? – ocknęłam się. – Kopa w dupę, masz nic nie
strzelać! – oburzyłam się.
-Chcę za to całusa – oparł się dłonią o ścianę
za mną. Odruchowo zrobiłam krok do tyłu i sama wylądowałam na niej plecami.
-Chyba kpisz – prychnęłam.
-Masz rację – pokiwał głową. – Chcę go teraz, bo
potem pójdę świętować wygraną Ligę – i nie czekając na moją odpowiedź, pochylił
się i mnie pocałował. Świat się zatrzymał. Ziemia przestała się kręcić. Był tu
tylko on i ja. Jego usta i moje. Wspólne bicie serc i jeden oddech.
Chwyciłam go za przód bluzy i mocniej
przyciągnęłam do siebie. Poczułam jak się uśmiecha i drugą dłonią mnie
obejmuje. Wsunął ją pod bluzę i koszulkę i zgładził nagą skórę moich pleców.
Jęknęłam i zarzuciłam mu ręce na plecy.
Pogłębił pocałunek, nasze języki się połączyły,
a ja… Rozsądek odleciał, gdy tylko jego palce dotknęły mojego tatuażu.
Objął mnie drugą dłonią, przesunął usta na
szyję, zaczął ją ssać i gryźć. Jego zarost przyjemnie mnie drapał. Po chwili
znów wrócił do ust.
Nie wiem czy nie skończylibyśmy w jakimś
schowku, gdy nie to, że na korytarzu rozbłysły światła. Podskoczyłam
gwałtownie, a ale Ferran odsunął się powoli. Uśmiechnął się zadowolony, usta
miał opuchnięte, oczy zamglone.
-Bramkę masz jak w banku – puścił mi oczko i
ruszył w stronę skąd przyszedł.
Oblizałam się, po czym zakryłam wargi ręką.
-Nie chcę, słyszysz? Nie chcę! – wydarłam się.
-Jasne, blondyneczko – postukał się palcem w
szyję. Zniknął za załomem korytarza. Tknięta złym przeczuciem sięgnęłam po
telefon, który upuściłam. Włączyłam aparat i aż z oburzenia otworzyłam usta. Na
szyi miałam malinkę, nie jedną, a trzy! Wyglądałam jakbym się spotkała z jakimś
wampirem.
Spanikowana zasunęłam bluzę po szyję i zakryłam
wszystko dłonią. Rozejrzałam się, ale nikogo nie dostrzegłam.
W głowie ciągle mi się kręciło, czułam zapach
Ferrana, smak jego ust…
Dość, spokój! Czas uspokoić emocje i wziąć się do pracy.
Ciężko jednak wrócić do normalności po czymś takim.
-Bezczel – mamrotałam pod nosem idąc korytarzem
w stronę szatni gości. – Gnojek! Głąb!
-A ty co się tak odpaliłaś? – zagadał mnie
wychodzący z szatni Jude.
-Nic – mruknęłam schylając głowę.
-Nabuzowałaś się, mała – dodał Vini.
-Nie jestem, mała! – pogroziłam mu palcem.
-Twój? – wskazał głową Jude. Odwróciłam się
błyskawicznie. Niedaleko stał Pedri. Patrzył na mnie wyczekująco, ale minę miał
nie tęgą.
-Mój – przyznałam. Nigdy nie ukrywałam, że
przyjaźnię się z piłkarzami FC Barcelony. – Hej – ruszyłam do przyjaciela.
Objęłam go mocno szukając odrobiny stabilności.
-Komu kibicujesz? – szepnął mi do ucha.
-Połową serca tobie, połową Realowi –
odszepnęłam. Roześmiał się.
-A którą częścią ciała kibicujesz Ferranowi? –
spytał. Odsunęłam się szybko, żeby spojrzeć mu w oczy. Ciemne tęczówki
błyszczały rozbawione. – Powiedział mi, że strzeli ci gola. Nie wiem tylko w
jakim sensie.
-Głąb – warknęłam.
-Może i głąb, ale dawno nie widziałem go takim
zdeterminowanym – puścił mnie, ale ciągle obejmował jednym ramieniem. Byliśmy
podobnego wzrostu, ale Pedri miał jednak kilka centymetrów więcej.
-Sierra! – zawołał trener.
-Lecę, powodzenia, Pedrito! – ucałowałam go w
oba policzki.
-Zobaczymy się potem? – zawołał na mną, gdy
pędziłam do drużyny.
-Nie wiem – rozłożyłam ręce.
-Chodź – mruknął Alvaro Arbeloa.
-Chcesz coś powiedzieć, trenerze? – zerknęłam na
niego.
-Absolutnie nic. El Clasico to najtrudniejsze
mecze. Nagle twój przyjaciel staje się twoim wrogiem – wzdrygnął się. – A Pedri
jest twoim przyjacielem?
-Jest – pokiwałam głową. – Ale Real to mój klub –
pogłaskałam czule herb na piersi. – To trudne, ale damy radę, nie –
uśmiechnęłam się do niego.
-Damy, damy – westchnął i podał mi szalik. –
Przyjaciel taki? – poruszył brwiami.
-Co? – owinęłam szybko szyję. – Nie, Pedri to
naprawdę mój przyjaciel, to… - urwałam dotykając przez gruby materiał miejsca,
gdzie miałam malinki. – Ktoś inny.
To naprawdę był najtrudniejszy mecz w moim
życiu. Moje kibicowanie raz było po jednej, raz po drugiej stronie. Z całego
serca trzymałam kciuki, gdy Jude był przy piłce, cale moje serce było przy
Ferranie, gdy gnał z piłką… Strzelił gola. Byłam przy ławce rezerwowych, gdy
przebiegł po wszystkim obok mnie. Uśmiechnął się szeroko, puścił mi oczko i
postukał się palcem w herb.
Mecz przegraliśmy, a Barcelona wygranym meczem
wygrała Ligę. Pedri, Gavi, Fermin i Cubarsi namiętnie namawiali mnie, żebym poszła z
nimi w miasto. Ferran za ich plecami czekał na rozwój wydarzeń.
Jednak, gdy tylko Jude wyszedł z szatni przygarbiony, ruszyłam za nim. Po raz pierwszy miałam ochotę odwrócić się na
pięcie i zostać tam, gdzie kazało mi serce. Działo się ze mną coś złego. A może
nie? Może w końcu dorosłam do zrozumienia, że przyjaźń, zaufanie i druga osoba są najważniejsza?
-Zobaczymy się na zgrupowaniu! – zawołał Gavi.
-Jesteśmy w kontakcie! – dodał Pedri.
-Zostań jak chcesz, mała – mruknął Jude, gdy
ładowałam się za nim do autokaru.
-Nie mogę – mruknęłam.
-Czemu? – zdziwił się.
-Bo nie chcę, żeby Torres strzelił dziś dwa gole.
Komentarze
Prześlij komentarz