1. Nic od ciebie nie chcę, Fer.
Wchodziłam do budynku dyrekcji w Las Rozas z duszą na ramieniu. Z nerwów było mi niedobrze.
Założyłam krótkie blond włosy za uszy i
zapukałam do drzwi. Na plakietce przy drzwiach złotymi literami było napisane:
Luis de la Fuente. Przemykałam przy ścianach, żeby się tu dostać
niepostrzeżenie. Przyjechałam wypożyczonym samochodem, więc nikt mnie nie
poznał. Piłkarze byli zajęci na boiskach treningowych, ale wiedziałam, że mózg
całej tej zgrai tu jest. Jest i czeka na mnie.
Zapukałam i usłyszałam krótkie „proszę”.
Weszłam.
Łysy, w okularach i z zarostem siedział za
biurkiem i mierzył mnie uważnym spojrzeniem.
-Milagros – uśmiechnął się delikatnie. Znaliśmy
się już cztery lata, ale ja z reprezentacją współpracowałam od siedmiu. Chociaż
bardziej powinnam to nazwać wolontariatem, teraz miała to być praca.
-Trenerze. – Mi zamiast uśmiechu wyszedł grymas.
-Siadaj – wskazał krzesło przed sobą. Zrobiłam o
co prosił, chociaż czy to była prośba? Powiedział co mam zrobić i to zrobiłam.
Jak zgraja na boisku. – Jedziesz z nami na Mundial – uśmiechnął się znowu.
Pokiwałam głową. – Jesteś gotowa?
-Według niektórych to tylko robienie zdjęć i
sklejanie durnych filmików – skrzywiłam się.
-Ktoś ci tak powiedział? – jego czujne oczy
przeszywały mnie na wylot.
-Tak, ale nie był to nikt kogo pan zna –
mruknęłam.
-Tu masz szczegółowy harmonogram, bilety.
Ubrania odbierzesz od Esme – przesunął mi teczkę. Byłam na Euro 2024, wiem jak
wygląda wyjazd na zgrupowanie za granicę i udział w turnieju. – Ze względu na
skalę i stawkę o jaką gramy, jedzie z nami dyrektorka od marketingu.
Podpisaliśmy jako reprezentacja wiele intratnych kontraktów i nasze socjale nie
mogą zależeć tylko od ciebie.
-Rozumiem – pokiwałam głową, chociaż nie
rozumiałam, na Euro nikogo takiego nie było. Wszystko konsultowałam z trenerem
i świetnie nam szła współpraca.
-Mogę? – Drzwi się uchyliły i zajrzała do środka
kobieta starsza ode mnie. Strzelałabym z dziesięć lat. – Jestem Sara Córdoba.
-Milagros Sierra – uścisnęłyśmy sobie ręce.
-Będę koordynować twoje prace – zajęła krzesło
obok i uśmiechnęła się sztucznie. – Masz pełną dowolność, ale przed publikacją
przechodzi to przeze mnie.
-Czyli nie mam pełnej dowolności – zmierzyłam ją
chłodnym spojrzeniem.
-Chciałabym też, żeby wybrzmiało coś innego –
założyła nogę na nogę i zerknęła na trenera. – Będziemy tam jednymi z
nielicznych kobiet, kontakty z piłkarzami nie są mile widziane.
Zaskoczona spojrzałam na de la Fuente, który
właśnie oglądał blat biurka.
-Znam ich od lat, z niektórymi się przyjaźnię.
Oczekujecie, że nie będę się do nich odzywać? – patrzyłam raz na jedno, raz na
drugie.
-Chodzi o nieco bliższe kontakty – mruknął trener.
-Bliższe? – czułam jak krew zaczyna krążyć mi
szybciej, bo zrobiło mi się gorąco i policzki zaczęły mnie palić.
-Doszły mnie słuchy, że łączyło cię coś z jednym
z piłkarzy – patrzyła na mnie surowo.
-Nic mnie z nim nie łączyło – zacisnęłam dłonie
w pięści. – Z żadnym z nich nic mnie nie łączy.
-Nie? – uśmiechnęła się wrednie i na swoim
tablecie pokazała mi zdjęcie. Był na nim Pedri, śmiał się i obejmował mnie za
szyję.
-Przyjaźnię się z nim od wielu lat – spojrzałam z
wyrzutem na trenera. – Znam jego rodziców, rodzeństwo, przyjaźnię się z jego
dziewczyną. Unikając kolejnych pytań, mam też takie zdjęcia z Rodrim.
Zapomniałaś gdzie pracuję, prywatnie spotykam się z piłkarzami, staram się dbać
o swoją i ich prywatność, ale nie będę chodzić z workiem na głowie – starałam się
nie unosić głosu.
-Czy znajomości klubowe nie wpłyną negatywnie na
nastrój w reprezentacji? – udała zatroskanie i też spojrzała na trenera.
Przewróciłam oczami i zacisnęłam zęby.
-Nie wpłyną – westchnął.
-Nie ma nikogo z Realu, czemu miałoby to na nich
wpłynąć? – nie wytrzymałam i wstałam z krzesła.
-Ośmiu z nich jest z Barcelony – świdrowała mnie
spojrzeniem.
-Tłumaczę ci, że przyjaźnię się z Pedrim, doskonale
znam się też z Gavim i Cubarsim. Lamine jest dla mnie zbyt młody, ale
dogadujemy się. Dani Olmo, Eric Garcia i Joan Garcia też są w porządku. Nie da
się do każdego pałać miłością, ale można się tolerować i szanować.
-A Ferran? – rzuciła bombę. Dobrze, że patrzyła
na mnie na nie Luisa, bo z jego wyrazu twarzy wyczytałaby za dużo.
-Jak mówiłam, szacunek i tolerancja – mruknęła. –
Coś jeszcze? Mogę teraz iść i się z nimi przywitać?
-Tak – pokiwał głową trener. – Wieczorem na
lotnisku.
-Oczywiście. Czyli mogę z nimi spędzać czas bez
problemów?
-Tak – odpowiedział Luis.
-W granicach rozsądku. To walka o tytuł a nie kolonie – dodała Sara.
-Za stara jestem na kolonie – odparłam i wyszłam
bez słowa. Szłam długim korytarzem na którym były zdjęcia piłkarzy. Nie
oglądałam ich. Niektóre z nich były mojego autorstwa. Gdy wyszłam na jedno z
boisk treningowych mój wzrok namierzył go od razu. Jakbym miała jakiś namiar.
Ciemnowłosa głowa się podniosła i z bardzo daleka zobaczyłam błysk w piwnych
oczach. Zapuścił włosy i wyglądał jeszcze lepiej niż wcześniej. Gnojek.
On zapuścił, ja ścięłam. Co za ironia.
-Mili! – z drugiego końca boiska usłyszałam
znajomy głos.
-Pedrito! – wydarłam się i ruszyłam do niego
biegiem. Wpadłam w otwarte ramiona przyjaciela, który mocno mnie przytulił.
-Jesteś – uśmiechnął się odsuwając się ode mnie.
– Widziałaś nową dyrektorkę od marketingu?
-Widziałam – skrzywiłam się.
-Żyleta – cmoknął podchodzący do nas Gavi.
Skrzywiłam się na co Pedri się roześmiał.
-Stara ropucha – skomentowałam.
-Ej, ona jest ode mnie tylko rok starsza! –
oburzył się najstarszy w kadrze, 33-letni Borja Iglesias.
-Wybacz – przytuliłam się z nim na powitanie. –
Ty jesteś ciągle jak młody bóg.
-Oczywiście – wypiął dumnie pierś. – Coś ci
powiedziała?
-Coś – westchnęłam ciężko.
-Mamy wnieść jakiś bunt? – zainteresował się
podchodzący i wszystko słyszący Rodri.
-Nie – zarzuciłam mu ramiona na szyję. – Nic takiego.
-Ściemniasz – szepnął mi do ucha.
-Jest spoko – skłamałam. Bardzo chciałam tu być,
nikt i nic mi tego nie zepsuje.
-MILAGROS! – wydarł się biegnący do mnie
Cubarsi. Zaśmiałam się i odsunęłam od Rodriego. Pau złapał mnie w pasie i
przerzucił sobie przez ramię. – Wróciłaś!
-Nasza przynosząca szczęście, maskotka – Mikel Merino
poczochrał mnie po głowie.
-Widziałem ładniejsze – usłyszałam warknięcie.
Nie musiałam podnosić głowy. Dobrze, że pani dyrektor pytała mnie tylko o
piłkarzy Barcelony, mój śmiertelny wróg był bliżej, w Atletico Madryt.
-Ja też widziałam lepszych piłkarzy – wysapałam z
pleców Pau.
-Spokojnie – Pedri pomógł mnie postawić na
ziemi. – Skumał się teraz z Ferranem – szepnął. Spojrzałam na niego zaskoczona.
– No – westchnął zrezygnowany. – Gdzie siedzisz w samolocie? – dostrzegł wystający
bilet z teczki, którą dostałam od trenera.
-Oby jak… - zaczęłam, ale Gavi szturchnął mnie w
żebro i zrobił dziwną minę. – Najbliżej was – skończyłam.
-Zakryj to – powiedział Rodri głosem kapitana i
wskazał na mój nadgarstek. Widniał tam herb Realu Madryt. Pracowałam dla klubu
jako content creator ich mediów społecznościowych od dwóch lat. Najpierw rok
byłam na stażu, a potem samo poszło. Piłkarze przychodzili, odchodzili,
trenerzy się zmieniali, a mój telefon wszystko rejestrował i wrzucał do sieci.
Czasami robiłam coś dla któregoś po godzinach, płacili za to ekstra. A sam klub…
Dziecku łatwo zaszczepić miłość, zwłaszcza, gdy była to jedna z niewielu
dobrych rzeczy, które dostało się od rodzica. Pierwsza koszulka, szalik, mecze,
gdy tylko grali na Bernabeu. Moje dziecięce serce chłonęło to co dostawało i
pielęgnowało każdą wspólną dobrą chwilę.
-Jasne – pokiwałam głową. Gavi podał mi kawałek
taśmy, którą oklejał ochraniacze. Szybko owinęłam nią rękę i nic nie było
widać.
-Nam to lata – mruknął. – Ale pani dyrektor w
końcu zobaczy i może wyciągnąć złe wnioski.
-Rozliczała mnie z tego, gdzie pracuję a w
kadrze jest ośmiu w Barcelony.
-Tłumaczyłaś się z nas? – zdziwił się Gavi.
-Każdego? – spytał Pedri. Spojrzałam w jego
brązowe oczy. Był wspaniały, kochałam go jak brata, był dla mnie jak brat, o
którym zawsze marzyłam.
-Wybrnęłam – uśmiechnęłam się. – Muszę iść
odebrać rzeczy i widzimy się w samolocie – puściłam im oczko i ruszyłam do
samochodu.
Nie byłam piłkarzem, nie miałam ich refleksu i
nie namierzałam piłek jak oni. Dlatego, gdy przede mną nagle pojawił się Ferran
aż krzyknęłam. Odbił piłkę główką i uśmiechnął się figlarnie.
-Cześć, piękna.
Olałam go i ruszyłam przed siebie, chociaż serce
zaczęło mi walić jak szalone.
-Mili, wszystkich przywitałaś, a ja? – podbiegł i
szedł przede mną, ale tyłem. Ciągle się do mnie uśmiechał głupkowato.
-Nie zwykłam latać za facetem, chciałeś to
przyszedłeś – burknęłam. Boisko było bardzo długie, szłam bardzo szybko, ale
odległość do samochodu miałam dużą.
-Dalej jesteś zła?
-Nie jestem zła, Torres – warknęłam. – Wisisz mi
i powiewasz!
-Wisi to ci Olmo, a dla niego byłaś milsza – wytknął mi. Prawie
wytrącił mnie w równowagi i prawie przystanęłam, ale prawie!
-Bo Olmo – zaczęłam, ale sprawny hiszpański
piłkarz, gwiazda FC Barcelony, zaplątał się swoje nogi i runął przede mną jak
długi.
-Zwalasz mnie z nóg – skomentował i zerwał się
szybko. Spojrzał w stronę chłopaków, ale chyba nikt nie patrzył skoro nie
rozniósł się za nami ich gromki śmiech.
-Nic od ciebie nie chcę, Fer – syknęłam.
-Ale ja od ciebie tak, Mili – wyszczerzył zęby.
Minęłam go i popędziłam do samochodu. Nie szedł już za mną. Co za pajac.
Komentarze
Prześlij komentarz